sobota, 30 lipca 2011

Mister X

Jedna praca w rozsypce, druga zaczęta. Tak to niestety czasem bywa. Kto zna, ten wie, kto nie zna, oby się nie dowiedział. Cytrusy z tujami prawie na ukończeniu. Jednak nadal panujący żar męczy wciąż. Podwójnie przy ciągłych zmianach kolorów. Czyli praca jest na etapie końcowego dzióbania po 3 krzyżyki w coraz to innym kolorze. Zniechęcające troszkę. Zapragnęła się ciągłość nitkowa. W nowej pracy jest jej w nadmiarze. Dusza podpowiada, że znielubię. Jest to praca terminowa i sympatie nie mają znaczenia.
Ledwie nadczęte:

wtorek, 26 lipca 2011

kartka okazjonalna

Cała w brązach. Na powyższym zdjęciu udało się uchwycić odcień jaśniejszego z papierów. Delikatna kawa z mlekiem połamana gorzką czekoladą, otoczona złotem z odrobiną miedzi. Jeden z papierów tłoczony specjalnie na kartkową okazję. Zdjęcia marnej jakości. O ironie zakrawa, że dokładne na czas focenia zaczęło padać i świat zapadł się w ciemnościach. Kartka poszybowała na pocztę, słoneczko wypłynęło na nieba przestrzenie...
Ostatnio stawiam na dziką wręcz prostotę. Minimalizm zaczyna cieszyć. Mam nadzieję, że i obdarowanych. Przy okazji darowania, wszystkim Aniom, Annom, Ankom i Aneczkom składam najserdeczniejsze życzenia wszystkiego co najlepsze!

wtorek, 19 lipca 2011

ramki

... nie moje. Emili. Gorąco jednak polecam, by pooglądać. Nie jest ich zatrważająco dużo, ale obrazy w nich nabierają mocy i cudnieją jeszcze bardziej. Maleńka namiastka:
Zdjęcie autorki i link do koniecznego podpatrzenia: cruzhobby.
Chłodniej nie jest, jednak przy społecznościowym zrozumieniu, jakoś lżej na duszy i ciele. Byle do poniedziałku. Potem tydzień ulgi. Marne 30 stopni. To tylko żyć i szaleć. Na okoliczność - w domu jestem i mogę coś po placówkach handlowych pozałatwiać, zeszyty jakieś (książki szkoła daje, taki zwyczaj), tornistry, chlebaki i wszelkie inne takie tam, tudzież jakieś majty kąpielowe (brak niestety, w dekoracjach zima już zawitała, to o jakich kąpielowych ja myślę), zapasy żarełka na kolejne dni i wszelkie inne, z maluchami pojechali my. Małe po chwilce pobuntowały się i uznały, że jednak do domu proszą i odmówiły wszelkich jazd różnych innych. Nawet zabawką nie dały się przekupić, to młodszy. Panna nadobna zrezygnowała z wizytowania księgarni. Nie dziwię im się. Nie ma to jak własny ogród. Tu i tam z cieniem. Wiaterek przywędrował, to nawet znośnie jest. Zastanawiam się tylko, czy człowiek to na pewno jeść musi, gotowane? Z drugiej strony, jak długo ma arbuzie można ciągnąć?
Wcześniej zamieszczone zdjęcia morskie miały obrazować spokój i bezruch wszechogarniający. No żeby i fale morskie odmówiły wzmożonej pracy, to dziw. Inna sprawa, że takie zatrzymanie, spowolnienie też ma swój dziki urok i te kolory jak z egzotycznych  obrazków...
Życzę wszystkim, by kolejne dni były słoneczne, ciepłe, ale w granicy przyzwoitości. Sobie życzę dużo deszczu...

siły brak

Kolejna porcja marudzenia. Na to jedno starcza sił. Na wszystko inne ich brak. Brak sił na działanie, na tworzenie, bycie, nawet życie. Cykl dzieli się obecnie na bieganie od klimatyzatora do klimatyzatora. Dziwne, że na bieganie sił starcza. A może to ostatnie ich wykrzesywanie. Z auta do domu. Jeśli konieczność z domu do auta i natychmiast kurcgalopkiem z auta do sklepu. Byle tam, gdzie chłodno i gdzie brak wilgoci, tej mazi oblepiającej, duszącej, dławiącej, lepkiej. I tak dzień za dniem, noc za nocą, bez wytchnienia i najmniejszego chłodku. Potem jest dłuuuga ciepła jesień, ale to dopiero za półtora miesiąca. Nic nie robię. Nie mam chęci. Schematy przygotowane, nitki posegregowane. Wszystko leży kupą na stoliczku i czeka lepszych dni. Zalegam z zobowiązaniami. Nie wywiązuję się z umów. Jadę do pracy, jakoś się trzymam i zaraz po powrocie do domu padam w bezsile i niemocy. Co to będzie, co to będzie. Póki co są wyjazdy niedzielne nad wodę.
W korkach się stoi szalonych. Widać większość padniętej gawiedzi o tym samym myśli, o odrobinie ochłody nad wodą morską, o odcięciu od zmory pogodowej. A kiedy już na parkingu miejsce znajdzie się, można na piaski iść i delektować cudem natury. Czasem cud ten nieco zwodniczy jest. Niby za chmurką, niby spokojnie, a potem w domku rany się liże i na każde dotknięcie syczy. Ostatnio skwiercząco było. Choć słonka na lekarstwo. Czy jednak na pewno?
Lubię spokój plaży. Zapatrzenie w morską dal, zasłuchanie w szumy, w mewie  skrzeki... Oby do kolejnej niedzieli...
Co sobie popatrzę, to mi troszkę lżej.
Ślicznie upraszam się o wybaczenia. Nie ma siły do blogów zaglądać. Komputer omijany łukiem jest. Jakiś gorąc z niego bucha, uf jak gorąco...

środa, 13 lipca 2011

etapowanie na ekranie 2

Ciężko igłę trzymać. Strumienie spływają z tu i tam. Łaźnię mamy za oknem, w domu, w całym jestestwie. Niby wakacje są i naturalne to, ale czy na pewno?
Pozdrawiam żarnie

piątek, 8 lipca 2011

etapowanie na ekranie

Etap pierwszy:
Nadal żarno. W zapowiedziach burze i deszcz, na jakieś 30%. Życie to jest jednak pokrętne i złośliwie nie zadowala tam, gdzie należy...

Pozdrawiam padająco.

ps. na ogórki zaraza padła. Nie wyrosły, nie okwieciły się i nawet o zapyleniu nie ma co mówić, a już zdechnięte i pełne dziur w sobie. Nie będzie ogórka w tym roku. Za to kopru zatrzęsienie...

środa, 6 lipca 2011

na przekór

Jak każdy wie, lato jest. Ponoć tu i tam trudno to zauważyć. U mnie jest ono na pewno. Jeszcze dni temu kilka zachwycali my się z małżem, jak pięknie jest i inaczej. Jaka zima śnieżna a łagodna była. Bez mrozu i wiatru wilgotnego. Jaka wiosna długa i łagodna. I jak to temperatury ze wzrostem oszalałym do czerwca zechciały się wstrzymać. Normalnie od kwietnia niemal na golasa biega się. Jak wilgoci brak. I jak to rankiem trawka rosą okraszona jest. No normalnie istny cud na wsiach okolicznych. Taaa. To tak właśnie pięknie było. I się wybyło. Przyszła wilgoć, zmora i utrapienie. W dzień żar i w nocy żar. I już nie jest miło. Słabość jakaś na człowieka spływa i spływa po grzbiecie strużka też. Rozeźliło mnie to tak, że na przekór postanowiłam nową pracę począć. Materiał przygotowany. Czas na działania. W kolorystyce będzie takiej:


Zieleń traw, żółcie zbóż, nieba nie granaty. Niemal jak u mnie, tylko tam noce chłodne są, człowiekowi spać pozwalają i żyć!
Okular wypróbuję. Lejdiku słodki, moc jest, owszem. Do specjalisty pójdę. Na prawe oko musiałam silniej wziąć. 1,25 niepełny komfort powodowało. Póki co, tylko do robótek używam. Kurcze, schemat jak marzenie jest. Duży i czytelny! I do pism bankowych, do tych *** na samym dole złośliwie najmniejszą czcionką poddrukowanych. Teraz pokrętne matactwa są już czytelne!
Pozdrawiam gorąco.
Ps. A prosił małż zimą patrzeć na zimno i napawać, a magazynować na zaś. Prosił. Dobra żona posłuchała, teraz sobie zimowe foty ośnieżone poogląda i odrobina ulgi jest....

wtorek, 5 lipca 2011

Jeżówką pod okular

Jeżówka purpurowa, elegancko z naukowa zwana echinaceą purpurea to kuzynka astrowatych. W świat wywędrowała z Ameryki Północnej. Znaczy Hamerykanka ona. Piękna jest. Wysoka. Średnio dorodna, acz w oka się rzuca. Jak wszystko w tym kraju, co to największe, najszybsze, najwyższe i wszelkie inne naj w pozytywy. Moja raczej uboguchna jest. Rachityczna lekko. Pierwszoroczna i boczkiem do słońca (a lubi słonko pełne i nawożenie użyźniane)...




Zastanawiam się, skąd nazwa kojarząca się z jeżykiem. Może od kolczyków pięknych, dorodnych, efektownych, cudnie chwilami purpurowych. Niestety nie udało się tej pięknoty właściwie uchwycić. Ledwie 3 może 4 łodyżki zdecydowały się z mroków ziemskich wychynąć. Ale wedle litery na niemal metr w górę wybujały. Ta konkretna odmiana uważana jest za źródło zdrowia i siły. Z jej korzenia wyciąga się cud malynę,czyli coś, co podaje po przetworzeniach wszelkich jako środek wzmacniający organizm i chroniący przed bakteriami i wirusami. Acz zdania na temat tej cudowności podzielone są.
W tym roku to właściwie jedyne kwiecie, jakie zechciało uczynić nam uprzejmość i zakwitnąć, powabić swym urokiem. Dodatkowo wpatrywać się mogłam dzięki oczkom.
Ogarnięta ślepotą powszechną i pomroką wieczorną, uznałam, że bez szkiełek nie dam razy nie tylko oka w igle zobaczyć, ale i samej igły. W miniony weekend zanabyłam okularki. Nie żadne tam fachowe. Nie ma czasu na wizyty. Zwykłe lupki w oprawkach. Na moich wsiach pełno tego w każdym możliwym sklepie nie spożywczym. Popatrzyła, przymierzyła i uznała, że 1,50 na każde oko działa pozytywnie. Nagle świat okazał się być taki czytelny i klarowny. Ulotki nawet można znów czytać. No żywcem wszystko widać. Na jakieś pół metra jedynie, ale więcej nie potrzeba. Byle nitki i oczka w kanwie widzieć. A i kawałek schematu drukowanego. A jak szaleć, to na całego. Z kwieciem, z błyszczykiem i wszelkim innym ozdobnym. Pełny wypas. Małż zachwycony. Żona wreszcie yntelygentnie wygląda. Żona zachwycona też. Yntelygencji nie zauważa, wystarczy, że szczegóły widzi haftowane.... W oczkach nie czyta, po co się przyzwyczajać...
I jeszcze raz jeżówka z jeżykiem...

Pozdrawiam gorąco, życząc spokojnego, acz szalonego, słonecznego tygodnia.

sobota, 2 lipca 2011

z motylkiem

Po retuszu...
Obrazek dolny bliższy rzeczywistości.
Pozdrawiam gorąco i życzę spokojnej niedzieli.