wtorek, 24 lipca 2012

Wyprawa po brzoskwiniowe runo...


... czyli wyjazd na farmę. Innymi słowy do sadu, brzoskwiń nazbierać. Się jedzie, się wybiera, zrywa, szuka i dokazuje. Na wagę daje i następuje wymiana: towar - zapłata. Dla dzieci frajda. Dla dorosłych pewność nabytego towaru i wspomnienia lat dziecięcych. Może nie na brzoskwinie się wybierało, ale małoż to w Polszcze sadów wszelkiej maści? Pogoda piękna, niedziela spokojna, pojechaliśmy. Widoki jak ze stron rodzinnych, małżowych i szaleństwo wśród drzew. Co tu kryć, pierwszy raz wybyłam na brzoskwinie:

Przepyszne, słodkie, swoje własne. Zachwycające. Maluchy wyskakały się po brzoskwiniowych drzewach. Pozachwycały miękkością skórki, dorośli widokami. Przy okazji, już w domu, doczytaliśmy oczywistości. A zatem:
Brzoskwinia była uprawiana w Chinach  już 4000 lat temu (tam się jej chyba zalęgła). Przez Persję do Grecji dotarła ok. 300 r. p.n.e. W Rzymie rozpowszechniła się w ciągu pierwszego wieku n.e. W XVI wieku  brzoskwinia trafiła do Europy Północnej (na Wyspy Brytyjskie) i następnie dalej na inne kontynenty.

Polecana w dietach odchudzających!
Z uwagi na działanie zasadotwórcze i moczopędne, stosowana przy chorobach reumatycznych i schorzeniach układu moczowego.
Działa uspokajająco.
Zawiera bor, a ten podnosi poziom estrogenu, przez co przeciwdziała osteoporozie.
Zawiera węglowodany, związki magnezu, fosforu i potasu, prowitaminę A, witaminę C i witaminy z grupy B.
Znaczy zdrowa! I pyszna!

Robótkowo stagnacja. Człowiekowi trudno dogodzić. Ja konsekwentnie nie przepadam za latem. To tym bardziej męczą temperatury powyżej 35 st.C. O wilgoci nie wspominam. Nie zrozumie nikt, kto nie doświadczył. W nocy schładza się o 2-3 stopnie. Wiatru jak na lekarstwo. Niby lato. Jednak wiek robi swoje i męczy. Oddech prywatny dopiero wieczorkiem. Maluchy są na camp'ie, takiej półkoloni. Odbieram ich zaraz po mojej pracy. I kurcgalopkiem do kuchni. Chałupa rozpalona do białości, a pańcia za gotowanie się bierze. Dziecki oczywiście jeść nie chcą. Wegetujemy tak do wieczorka. Męczące spanie i powtórka z rozrywki. W soboty i niedziele wyjeżdzamy nad ocean. Cudnie jest. I rekiny są. To i wahania wyjazdowe dalsze mam. Ostatnio maluch między nogami sobie pływał. Fala na brzeg go wyrzucała. Chyba panikara jestem. No, ale gdzie dziecko i matka zwykle jest...
Oby do połowy września...
Za wszelkie zaległości i niewywiązania cudnie przepraszam. Poprawię się wraz z ochłodą. Już niedługo.
Pozdrawiam gorąco!

12 komentarzy:

  1. Takie dorodne owoce, aż ślinka cieknie.
    Lato osobiście uwielbiam, tyle zalet i kolorów ma. Oczywiście, gorąc męczy, bo co za dużo to nie zdrowo, wszystkiego z umiarem powinno być. Ale cóż, są rzeczy na które wpływu nie mamy.
    ściskam z otuchą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Emilko, wiesz, że ja maruda jestem!

      Usuń
  2. Nawet nie wiesz jakiego mi smaka narobiłaś. Kiedyś też miałam swoje dwa drzewa brzoskwiniowe lecz zestarzały się i trzeba było ściąć. Owoce ze sklepu ani tego zapachu nie maja ani smaku, szkoda że koło mnie nie ma takich sadów. Pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za komentarz i pozdrawiam ślicznie.
      Ja pierwszy raz widziałam drzewka brzoskwiniowe i owoce ich jadłam takie najprawdziwsze prosto z gałęzi; nagrzane słońcem i soczyste niemożliwie.
      Sady takie, a nie ma ich wiele, to jedyna okazja na nabycie świeżych owoców i warzyw.

      Usuń
  3. Cudne owoce.... Przypomniało mi się lato na Węgrzech. Miałam kupę czasu po pracy i w weekendy i pokusiłam się o zrobienie dżemu/konfitury brzoskwiniowej z lokalnych owoców. One były .... niezrównane! Same się rozpadały w rękach, bursztynowy sok kapał do łokci. Żal było w garnek wsadzać! A jak smakowały ze słoika jak już je przywiozłam do Polski.... Wczesną zimą miałam namiastkę słonecznych Węgier.
    Brzoskwinie są cudne i najlepsze te wspaniale dojrzałe, z drzewa (czyli takie które już nie nadają się do handlu...).
    Ulcia chodziłaś po drzewie????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no patrz Aneczka, gaptek, nie pomyślałam, że i ja mogę. A gałęzie rozłożyste były, zachęcały do polegiwania nawet. Ale to pewnie dlatego ta gapowatość, że tam wśród drzew od pierona parno było. Sauna istna.
      Przetworów nie robiłam. Opychaliśmy się przez tydzień na żywca. Zżałowałam na dżemik. Może znów małża wyciągnę i tym razem za małpiatkę porobię?!
      Sok po brodzie, po łokcie i ta słodycz, ten zapach... tylko daleko ciut....

      Usuń
  4. Brzoskwinie dorodne i widać, że w miejscu słonecznym hodowane, no i dziękuję za poszerzenie wiedzy odnośnie dobroczynności jakie ze sobą owocki te niosą!

    OdpowiedzUsuń
  5. Brzoskwinie apetycznie wyglądają :)
    U nas też dziś skwar nie do wytrzymania, ale wcześniej było trochę chłodniej to i czas na wytchnienie był. Uleńko, trzymaj się dzielnie! Pozdrawiam serdecznie!:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotko, staram się trzymać. Będzie znośniej, czego i Tobie życzę!

      Usuń
  6. Witam Ulciu po przerwie:)Zaległości blogowe mam spore, ale u Ciebie już jestem prawie na bieżąco:)Wpisuję się pod tą notką, bo baaardzo smakowita:)))Pięknie dziękuję za tę dawkę egzotyki...i pozdrawiam ciepluteńko:)!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja to bym nawet z rekinem popływała, milsze to niż tak samo rozpalone duże miasto z jego kurzem, hałasem i gorącem!

    OdpowiedzUsuń