...Właśnie wróciłam z pracy. Za oknem +21 stopni C. Szybki sprint po kuchni. Gary na gaz, podgotować, poddusić i truchcikiem po dzieci. Zażyczyły sobie do domu być prywatnie przywiezionymi. Wybory miejskie odbywają się. Jeden z punktów umiejscowiony w naszej szkolnej sali gimnastycznej. Zatem dziecki szkolnymi busami rozwożone, a zwyczajowo w owej gimnastycznej się zbierający, dzielący i czekający, po wszelkiej maści korytarzach będą rozstawieni. Nasza "2" ponoć jakoś mało zgrabnie i w miejscu niedogodnym harcom umiejscowiona. Nie chcą czekać w szkole, chcą do domu. Może dobrze, może nie. Ucieka mi 45 minut cennego czasu. Wredota jestem, wiem. Z drugiej strony dziś te 45 minut to czysty zysk. Maluchy przywiozę, nakarmię, lekcję doglądnę i sama na zajęcia się doprzygotuję, może nawet nie specjalnie w zachłannym biegu. Czasy przedstawiają się tak (gdyby kogoś interesowała inność folklorystyczna...): koniec zajęć 15.15. Busy startują spod szkoły o 15.30. Dzieci odbieram o 15.45-50. W domu jesteśmy o 15.50-55. Relacja i wrażenia. Żarełko, pogoń wokół ogona, lekcje i matka z jęzorem wybiega na swoje zajęcia, na 17.30. Najlepiej wyjechać o 17.00, jest wówczas szansa na dogodne miejsce parkingowe. Powrót nocą. Opiekę przejmuje Tate. Znaczy to, że należy udawać ślepego i nie zauważać zastanego bałaganu. Wszak z Tatem wszystko można...
Czasem padam na pysk. Robótki nie wzięłam do ręki od nie pamiętam kiedy. Jakoś jeszcze wczesną jesienią ukończyłam toskański widoczek Lanarte. Rzucony w kąt prosi o zmiłowanie, naciągnięcie na kanwę i wysłanie. Prosi, bez odzewu.
Kłopoty gonią za problemami. Czasu brak na życie. Ale na okoliczność pięknej słonecznej i cieplusiej aury wybraliśmy się niedzielą na górską wycieczkę. Maleńki wypadzik nad Hudson. Cudność i oderwanie od codzienności. Bajecznie.
Zdjęcia załączę nocką. Uciekam ja i mój ogon...
Pozdrawiam gorąco