Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z drugiej strony oceanu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z drugiej strony oceanu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2012

Mount Tammany

.... czyli wschodnia ściana Delaware Water Gap, Appalachy. Tam to wybraliśmy się na niedzielną wycieczkę. Nad Wisłą zima i zatrważające mrozy, na okolicznych wsiach wiosna rozhulana na całego. Słonecznie, cieplutko, zachęcająco. To tylko w góry. Ledwie 1,5h jazdy i okom przedstawia się taki widok:
To po prawej stronie to Kittatinny Mountains w Warren County, New Jersey, z wspomnianym szczytem Tammany. Po stronie lewej znajduje się już Pensylwania i jej Mount Minsi w Górach Niebieskich, środkiem płynie rzeka Delaware. Postanowiliśmy zostać na własnych włościach, od nich rozpocząć poznawanie. Nie przekraczać granicy rzecznej. Parkowanie i wejście na szlak, bez przygotowania i ekwipunku, troszkę na szaleńca, w nieznane:
Właściwie już jesteśmy na szlaku. Staś koparkami podtrzymuje liany. Z czasem kopary powędrowały do rodziców, a miluścia ścieżka zamieniła się w ścieżkę mniej milusią:
Za nami jeszcze łagodnie i bezpiecznie:
Potem było różnie. Wciąż zachwycająco, możliwie do przejścia, acz z niespodziankami, takimi jak ta np. ściana skalna, co to po niej tylko czworakiem...:
Tudzież ze ścieżynki w kolejną ściankę...:
Na powyższym obrazeczku należy zauważyć, że szlak prowadzi nie na wprost, a zdecydowanie na ścianę po stronie lewej, dla oddechu piękny początek widoków na stronę pensylwańską - nagroda dla wytrwałych:
I dalej w górę. Zaczęła się polka i zębów zgrzyt:
Brak ścieżki, brak, stabilności. Głazy, kamienie, kamienie, głazy, korzenie i pragnienie, by się nie ruszały. Najostrzejsze i najtrudniejsze podejście. Nagle cały świat okazywał się być kamieniem. Za to w nagrodę taka wisienka:
Warto było. Zachwyceni wszyscy. Nawet maluchy doceniły widoki, tak bardzo przypominające (nam dorosłym) pienińskie załomy Dunajca, tak bardzo swojskie i sercu bliskie i co najważniejsze, poczuły radość zdobycia szczytu. Małymi kroczkami, ale skutecznie nabierają zauroczenia górami. Już zaczynają rozumieć, jaka to frajda po trudach wspinaczki otrzymać w nagrodę nie tylko przełamanie własnego zmęczenia ale i ten cud roztaczający się wokół, ten oddech pełen zachłyśnięcia i niedowierzenia, szczęścia...
Potem było ciężkie zejście. Wiadomo bowiem, że wejście w górach to pikuś malusi. Zejście zwłaszcza tam, gdzie ruchome głazy i niestabilny grunt pod nogą to wyczyn, po którym potrafi boleć wszystko, czasem nawet żyć.
Trzy godziny z dala od świata. W ciszy, szumie drzew i potoków. Cudno. Acz prawdziwie pięknie musi być latem i przede wszystkim jesienią. Buki, jesiony, leszczyny, graby. W planach mamy przejście całego jersejowego grzbietu. Potem skok do Pensylwanii i latem biwak nad rzeką połączony ze spływami po dość ekstremalnych jak na dzieci wodach. Tereny cudne. Pełne zwierza wszelkiego. Niedźwiedzi tam zatrzęsienie, czarnych i żmij, tudzież innego dziadostwa jadowitego. Przyznam, że troszkę tracę zapał i choć wyprawa przypomniała dawne dobre czasy, boję się. Wszak w każdym kamienistym załomku może pomieszkiwać Timberback (z grzechotnikowatych) czy zawsze atakujący dla przestrogi Copperhead. Z drugiej strony czy jadowite może odstraszyć przed "zdobywaniem" wodospadów, wędrówkami, zauroczeniami, obcowaniem z przyrodą? O odwiedzaniu malusich pensylwańskich osad, troszkę niedzisiejszych i nieco jak z bajki nie wspominam. Pewnie nie. Na pewno nie!
Okazało się po czasie, że szlak, który przeszliśmy, należy do jednego z najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych w tutejszym stanie, hm...
I jeszcze odrobinka przyrody...
Pozdrawiam gorąco i życzę spokojnego, udanego tygodnia!

wtorek, 13 grudnia 2011

South Street Seaport (2)

seria zdjęć na widok portu, obecnie zabytkowej przystani przy East River i widoki od rzeki na "zaplecze" starych kamieniczek. One po drugiej stronie ulicy, dołem oglądane fragmentarycznie jedynie...
Przy przystani zacumowane są 3 statki. Wiekowe one już. Lekko stuletnie. W planach wyprawa na nie...








Widok na drugą stronę rzeki. Brooklyn  w oddali migocze...:


 

Cudne miejsce. A jeszcze mostu nie widać i wszystko byle jak uchwycone, nawet nocne..


Na koniec cymesik:

Zachwyca wszystko i koloryt i struktura i to nieprawdopodobne drewniane nabrzeże. Widok z przed i za. Widok na most i spod mostu. Duże i małe. Każde. Piękne, spokojne miejsce z klimatem i odrobina historii....
Pozdrawiam cieplusio życząc  spokoju i oddechu.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

South Street Seaport i Fultona market

To taki ciupeńki fragmencik NYC ukochany przez męża mego i mnie. Zaczynam od chłopa, gdyż On to pierwszy przybył, zobaczył, zdobył, potem mnie zauroczył. Kawalątek Europy na obcym lądzie. Skojarzenia krakowskie. Choć droga tych skojarzeń pokrętna.
South Street Seaport znajduje się na miejscu, co to było kiedyś najbardziej zatłoczonym portem w Ameryce.  Pierwsze budynki postawiono w 1811 roku. I przyjmijmy, że w pierwotnej swej formie (odszlifowane i odpiększone do obrzydliwości) stoją do dziś.

Kilku zmyślnych  facetów postawiło składy towarowe, z biurami na piętrze. A wybudowano je w jakże nieamerykańskim (już wówczas) stylu, ze spadzistym wysokim dachem i kominami do nieba. Musiało się dziać wówczas, oj musiało. Się kręciło, rozbudowywało. Z czasem tuż obok (praktyka nakazywała) zorganizowano targi rybne i wszelkie inne. Jedne z największych w Hameryce. Na cześć Roberta Fultona, tego co to parowiec wynalazł, ulice jego imieniem nazwano i co może nawet ważniejsze dla współczesności - targowisko. Z czasem wszystko podupadło. Na Brooklin most wybudowano i się portowi zdechło.

Dopiero w latach 60-tych znanego nam już z urodzenia wieku grupa zapaleńców postanowiła odrestaurować to co niszczało. Zrobiono cacko. Cudny, klimatyczny zakątek.


Tam teraz spacery, widoki, koncerty, kiermasze i co tylko dusza życzy sobie. Są i muzea, się wybierzemy. Kachna na piratów zapadła. Szanty słucha, na morskie przygody Ją bierze, niech ogląda... Póki co tylko z zewnątrz:


Choć na zdjęciach tego nie widać, to miejsce ma niesamowity klimat. A może tylko ja tak odbieram. W każdym razie lubię tam wszystko. Malutkie, drobniutkie, a sercu bliskie...
W kolejnym cyklu będzie port.
Pozdrawiam gorąco i życzę spokojnego tygodnia.

niedziela, 11 grudnia 2011

pojawianie i znikanie, czyli jak to mnie zniknięto...

... No, zniknęło mnie na dłuugo. Całe dwa tygodnie i ciut. I to absolutnie wbrew woli prywatnej. Już żal się zbierał, już łzy zaczynały gromadzić. Smutek zmagał z niechęcią, ta ze złością. Blogger zablokował konto i usunął blog. Powstała myśl, by wrócić do bloxa. Szczęśliwie wszystko wróciło do stanu właściwego. Od dziś znów mogę blogować tu i teraz. Za co włodarzom pozostaje grzecznie podziękować. Powodu zamknięcie wciąż nie znam. Zostaje jedynie nadzieja, że podobnych doznań nie przyjdzie mi znów doznawać... I choć gościem jestem od czasu jakiegoś nawet na blogu swoim, to obudziła się nasza cecha, rzeknę, narodowa. No bo i co ktoś za nas będzie decydował bez nas?! Czemuż to wchodzi bez zapowiedzi na moje podwórko i inwentarz mi likwiduje? Ajjjjaj...! W czasie niebytu zauważyłam jakąś szerszą akcję likwidacyjną. Ki powód. Może inni wiedzą, może kilka osób nawet nie wie, że ich nie było dobę czy dwie. Mnie 2 tygodnie. Ale już jestem. Nie korzystam, ale spozieram na te swoje hektary i z ulga oddycham, o ściskach żołądkowych zapominam. Syto mi i dobrze i niech tak pozostanie!
Zaległych mam moc zdjęć z wypraw jeszcze listopadowych. Będę do nich wracać. 13 grudnia  ostatni w tym semestrze egzamin. 20 grudnia wyniki i spokój, mam nadzieję, aż do połowy stycznia roku pańskiego następnego. W tym czasie nieco oddechu, z Rodzinką pobycia i może porobótkowania. Odzaniedbanie domu, bliskich i bloga też. Jak się bowiem okazuje naczelne miejsce zajmuje w życiu mym on. Jeszcze bardziej ludzie z nim związani... Kontakty z osobami kilkoma(nastoma), obcymi a tak bliskimi...! Dzikowisko jakieś obyczajowe... doprawdy. Przyznam jednak, że na myśl niebycia z nimi, Wami przykro mi było okrutnie...


Do rzeczy. Święta idą. Każdy o tym wie. Jak poinformowało nas dziecko starsze rodzone, już na indyka w niektórych domach choinka stała. Pyta się Roma taka jedna, rodem z Indii, "a czemu u was choinka tak późno?". To jej Albanka odpowiada: "późno? A czemu u ciebie tak wcześnie? Jezusek jeszcze się nie narodził". "Kto?" spytała Roma. A moja Kasia nadziwić się nie mogła i w końcu uznała, mamusia - no piękne to jest! To na tę okoliczność foty choinkowe z dnia 27 listopada. Nowy Jork. Manhattan. Dolny Manhattan. Przystań, okolice mostu brooklin'skiego. Nawet kolędnicy byli. Smakowitość.

środa, 3 sierpnia 2011

Zachwyty w paszczy lwa

Panująca spiekota nie nastraja do długich wycieczek. Na okoliczność jednak, że wakacje, dzieci złaknione rozrywek, małż zaproponował wyprawę za miedzę. I był to dziki skok prosto w rozdziawioną, ziejącą paszczę lwa. Rozum mi odebrało, że się zgodziłam. Tam jeszcze większa spiekota, większy upał i gwarantowany bezruch powietrza. Całość bliska omdlenia. Na prawo mur, na lewo mur, a w środku gromada szaleńców. I znów mnie wzięło, zachwyciło, omamiło. Tyle razy obiecywałam sobie, że już dość, już nuży, już nie. Póki znów nie zobaczę i nie zachłysnę się!
Dziś detaliki. Większość fot rozmazana. Niech będzie, że upałem... To cudowna mieszanka starego z nowym. Nowe jak to nowe, szklane, aluminiowe. Stare nie takie znów stare, ale za to jaka secesja. Aż serce skowycze z uciechy. Te mozaiki, sztukateryjki i wszelkie inne ozdobniki. Kocham garściami!:





Kolorów brak. Świat przedstawia się w szarościach i niebieskościach. Czasem tylko łamany ostrą czerwienią. O tym innym razem...

wtorek, 24 maja 2011

W przerwie

Miedzy jednym deszczem a drugim wybraliśmy się na maleńką wycieczkę. Zawinięci wodą, nad wodę oczywiście. Na przystanie, tuż za miedzą. Piękne widoki. Zapachy z dzieciństwa. Z nizin środkoworodzimych pochodzę, ale zapach wodorostów, rozkładu rzecznego z dzieciństwem silnie się kojarzy. To i wiadomo, większości bliskie wspomnienie jest. I statki zacumowane oglądać lubię, pasjami. Wszelkiej maści. Nawet łódeczka rybacka zachwyty wywołuje. To z kolei pierwsza wyprawa z Tatem nad morze. Tylko my we dwóch. Uczyłam się wtedy pisać swoje imię, na kartkach do Mamy i maluśkiego brata. I stare molo i nieczynne nabrzeża i coś co było, służyło, a teraz tylko w rozpadzie jest. Stare może nie pobudza wyobraźni. Ono wielbione jest nad świat. Godzinami mogę chłonąć i wciąż jest mało... Woda:






A maszty żaglowców i przestrzenie wodne mrowienie wywołują. Choć żegluga to zjawisko obce i nieznane. A wszystko to takie jakby w chwili zatrzymane, spowolnione. Pewnie swoim rytmem toczy się i jest, by oczy koić...