Witam się cieplutko
Szybko dziś i krótko. Jedna praca w dwóch zabawach. Słodki lelonek z firmy Tralala. Jelonek, a może łoś to; w szaliku, z prezentem w gotowości i "obsypany "płatkami śniegu, czyli pierwsza zabawa to Xgalaktyczna choinka.
Witam się cieplutko
Szybko dziś i krótko. Jedna praca w dwóch zabawach. Słodki lelonek z firmy Tralala. Jelonek, a może łoś to; w szaliku, z prezentem w gotowości i "obsypany "płatkami śniegu, czyli pierwsza zabawa to Xgalaktyczna choinka.
Witam cieplutko.
Po kilku pięęęęknych, chłodniejszych i z lekka deszczowych dniach wychynęło słoneczko i plimpając oczkiem zapowiedziało żar nad żary nadchodzące. Na te smutna okoliczności wrzucam się z kolorem żółtym, kwiatem i pracą jedną na dwie zabawy. Pierwsza (za chwilę się kończąca) zabawa jest u Uli. Składniki zebrane, wymieszane, lekko pozmieniane. Może będzie zaliczone
Kwiat, własne tło, żółty, tudzież haft zamiast tekturki oraz wykrojniki zamiast czegoś innego.
Druga zabawa to odcinanie ogonków u Meri, czyli nadrabiamy zaległości. A te okazują się być u mnie dość długie. Wstawiam pracę (główny element kartki) rozpoczętą znaczny czas temu. To był chyba okres dinozaurów jeszcze. Piękne dni, gdy Moteczek organizowała swe słynne wymianki. Sam środek zabawy. Nie była to praca zabawowa, ale impuls pod wpływem Agaty z Belgii, mamy uroczych bliźniaczek. Agatka z blogowego świata zniknęła, praca została po latach wyciągnięta i dokończona. Czego brakowało? Nitek odcięcia, kilku ledwie krzyżyków i backstitch'y. Z tych ostatnich zrezygnowałam. Aida w pięknym miętowym kolorze, krajowa, od Dorotki. I co widzę? Tysiące nierówności. Boh, jak ten obrazek jest wklejony?! Trzeba powiedzieć szczerze, uczciwie i dużą literą - jestem ślepa!
Pozdrawiam cieplutko, słonecznie,
świątecznie (u nas na wsi dzień wolny od pracy, rozpoczęcie sezonu letniego).
Dzień dobry najcieplejsze.
U nas na wsi już 30 st.C. Czy to dobra wiadomość? Raczej średnia. Jeśli to nie jest chwilowy wyskok, tak może trzymać i do końca września. Z nocami oczywiście grubo powyżej 20 st. Nie o tym jednak miało być. Obcinam ogony. W pracach rękodzielnych je obcinam i w ramach zabawy u Meri. Kolejny obrazeczek ukończony.
Taka sobie udawana Sara Moon, jako wstępniak do oryginałów Lanarte. Mam do nich słabość od dawna i kiedyś je zrobię. Póki co, jest co jest. Zaczęte co najmniej z 5 lat temu. Zopodziała się jako panna bez głowy.
Później pierdylion backstitch'y, w czterech kolorach, czego doprawdy nie rozumiem. Męczyłam się do ostatniej niteczki licząc na jakiś powalający efekt. Nic z tego.
Dzień dobry,
nie czekam, idę za ciosem, obcinam ogony. W przyrodzie istne szaleństwo. Wiosenne kwiecie w przekwicie, po tulipanach zostały gołe łodygi. Drzewa owocowe już tylko liściaste. U mnie delikatny jabłoni kwiat, na kanwie oczywiście.
To jedna z dokończonych przed chwilą prac, czyli odcięcie ogonka w zabawie u Meri. Haft rozpoczęty blisko trzy lata temu. Potem była przeprowadzka. Pakowanie, rozpakowywanie, ustalanie miejsc i czasem zagubianie (od gubić-zagubić). Projektu szukałam długo. I nagle okazało się, że miałam go cały czas właściwie pod ręką. Widać musiał swoje odczekać. Zabrakło niewiele. Już zamknięte, zakończone, odhaczone. Mam wiosenno-letni obrazek.
Pozdrawiam cieplutko.Witam cieplutko.
Dziś będzie post właściwie o niczym, choć nie całkiem i nie do końca. Zamieszczam bowiem kolejny wpis w ramach obcinania ogonów, (zabawy u Meri, do której gorąco zachęcam), czyli o naprawie stanu hafciarskich rzeczy. A to pokończeniu prac z dawien rozpoczętych i w kąt rzuconych, a to o porządkach w nitkach i materiałach, a to planach dawnych, które na realizacje wciąż czekają. U mnie dziś na plan pierwszy nitki się wysuwają.
Bałagan w nich mam ogromny. Jest ich dużo, a jakoby nie było żadnej. Pod ręką organizery w połowie puste, w świadomości dziesiątki torebeczek i pudełeczek z poupychanymi nitkami. Mam taką wstydliwą przypadłość, że czasem szykuję nitki do projektu znacznie wcześniej niż ów projekt rozpoczynam, jeśli w ogóle (!). W tak zwanym między czasie wysegregowane nitki gdzieś położę. Oczywiście w miejsce pewne i widoczne oraz bezpieczne. I zapominam, gdzie to miejsce jest! Bywa, że pół chałupy muszę przetrząsnąć, szukając jednego koloru.... A wiem, że jest, przed "chwilą" donabyłam. Koniec końców kończy się na jeździe do jednego ze sklepów, przy okazji innym niepotrzebnym zakupie - oby tylko jednym.....
Biorę się z nitkami za rogi. Wystarczył wieczór i wszystko poukładane, posegregowane, to co odnalazłam(!). Został jeszcze
worek nici do nawinięcia. Ale to kiedyś. Zabrakło wolnego pojemnika. Koniec tracenia sił i czasu, tudzież zbędnej logistyki.
Organizerów takich pięć, klasycznych, na nitki właśnie. Mulina ułożona według numerów. Niektóre się dublują nawet dubeltowo. Wystawiłam towarzystwo w miejsce publiczne, dostępne i póki co, obiecałam sobie, nitki po pracy do skrzyneczek wracać. Nowych nie szykować. Koniec z odkładaniem i chowaniem, koniec z przekopywaniem się przez dziesiątki torebeczek, skrzyneczek. Porządek musi być! Nadprogramowe pojemniczki won!
Przy okazji porządków odnalazłam zapomniane prace do skończenia. Będzie czemu odcinać ogony i ogonki. Swoją drogą, co to za sierota, która "porzuca" pracę przed położeniem ostatnich pięciu krzyżyków... Wyrodna jakaś! Jeden projekt to i z dziesięć lat będzie miał. Pięknie obrębiony, zakreślony, idealnie przygotowany. Teraz już mi się tak nie chce kanwy "gruntować".
I tym poukładanym akcentem kończę dzisiejsze pisanie. Czas na uzupełnienie dziennika i innych szkolnych spraw porządkowanie. Koniec roku się zbliża.
Pozdrawiam cieplutko, kwietnie, słonecznie i radośnie.
Dużo zdrówka i uśmiechu życzę!
Witam najcieplej.
U nas wiosna w pełni, mierzy się już nawet z latem, wiosna owa. Co jest oczywiście absurdalne. Acz nie od dziś się mawia, że tu zaraz po zimie następuje trzecia pora roku... Dziś marne 28 st.C. Liczę na opamiętanie i umiar. Dziecko młodsze wróciło ze szkoły, padło i zapodało: "za gorąco, nie da się żyć!". Żonkile dawno przekwitły, tulipanki tracą płatki, bratki zwijają się i błagają o odrobinę cienia, pierwiosnki w skurczu, zające wtrąbiają ogródkową sałatę. Pięknie jest, tylko za ciepło...
Życie wraca do normy. Na tę pewnie okoliczność udało się ukończyć pracę wyszywaną. Zeszło jej chwilkę. Momentami za zaległą robiła. Nadrobione, zaliczone, odhaczone. Wykonane i w ramach ogonkowej zabawy u Meri zapodane. Krótko mówiąc/pisząc JEST!
Projekt Lanarte,
34 kolory, mulina oryginalne DMC, aida "16.
Pozdrawiam cieplutko, słonecznie, serdecznie.
Witam najcieplej.
Dziś drugie wejście z ogonkiem bez oczka. Może odwrotnie. Może oba są lub ich nie ma. W każdym razie przybywam z pierwszym w tym miesiącu wpisem i kawałkiem pracy do dokończenia. W żółwim tempie nadrabiam zaległości i ciach, ciach podcinam ogonek. W zabawie u Meri to wszystko.
Przybyło "mnie" caluchną jedną dynię. W ten sposób niewiele zostało do dokończenia. Trzy sprężynki, jakieś kwiecie, cienie i podcienie; i będzie...
To ta największa, na planie pierwszym, najkolorowsza i z tajemnym H wyrytym. Pewnie ona hokkaido.
Ze spraw nierobótkowych. Sypnęło u nas śniegiem. Półtora dnia w paraliżu. Niby bowiem nic, ale jednak zawsze coś. Zaspy się na niemal dorosłego człowieka potworzyły. Cała rodzina złachana od łopatą machania. Auta za kurhaniki robiły, wyjazd co odrobiony, to pługiem zasypany, robota głupiego. Jakie to szczęście, że dojazd u nas tylko na dwa samochody długi. W piątek zadeszczy i po śniegu wspomnienie zostanie. Ale zimę dwa razy w tym sezonie mieliśmy. Zaliczone, odhaczone. Można wczoraj wyjęte kozaki schować!
Pozdrawiam cieplutko i słonecznie.
"A co tam, wchodzę w to! Może nie o ogony chodzi, nawet nie o ogonki, a o mobilizację w działaniu i pisaniu". Tak rozpoczęłam ( i zakończyłam ) wpis odpowiedziowy u Meri. Wchodzę w co? W grupę wsparcia przez zabawę, we wspólne przełamywanie swoich niechęci, niemocy, niechcenia mi się teraz, w zamykanie spraw otwartych, układanie swego hobbistycznego światka. Wiadomo, w grupie zawsze raźniej i jakby siły więcej.
Strasznie sobie pozwalam na popadanie w niebyty i jeszcze straszniej mnie to depresjonuje. Nie lubię. Ogoniastych gigantów nie mam, kilku marnot szukać nie będę. Pewnie wyparłam, zagrzebałam głęboko w jakieś pudła, gdzieś tam i zdecydowanie dobrze mi z tym. Inna sprawa, że niejednokrotnie w tak zwanym międzyczasie gust i upodobanie się mnie zmieniło. Przypadkiem znajduję, patrzę z prawa, patrzę z lewa i intensywnie się zastanawiam, co mnie kiedyś tam skłoniło do chęci popełnienia dzieła owego... Gorzej nawet jest. Oglądam sobie i przeglądam zasoby dość zasobne wzorów i wzorków, do których wzdychałam niejednokrotnie wszelkimi możliwymi achami i ochami i co?! I żaden dreszczykiem mię nie omamia. Mało, że nic na plus, to czasem nawet lekkie gustu wzburzenie powoduje.
Nie powoduje poniższe - stare i nowe. Za to się biorę, to pod ręką. Jedne świeżakiem tchnie, drugie dopiero ogonuś malusi zaczyna wykluwać.
Wracam do najstarszych swych wzorów. Do klasyki hafciarskiej, do pierwotnych swych marzeń i pragnień. Zauważyłam jedną jeszcze prawidłowość. Dorosłam wreszcie, by nie rzucać się na cUś, tylko pod rozwagę wziąć kilka stałych. Co z tym zrobię po zrobieniu? Gdzie powieszę; czy pasuje czy też nie. Nie dotyczy to kartek. Te nie muszą mieć przeznaczenia. Chomikuję z rozkoszą, nie lubię się rozstawać. Pomysły nie zawsze chętne do podzielenie się są.
Od lat operuję jedynie miedzy krzyżykami a kartkami. Inne techniki albo odłożone w kąt, albo też nie jestem nimi zainteresowana (już?). Robię skokami. Czasem więcej, czasem mniej, czasem w ogóle. Po drodze wyszukuję dziesiątki wykrętów i usprawiedliwień. Chcieć chcę i robienie sprawia przyjemność, tylko wystarczy byle zapatrzenie, zadumanie, zatrzymanie, by leniuch wskoczył na grzbiet. A to już nie cieszy. Z wiekiem nawet coraz bardziej męczy. Te porozkładane koszyczki, pudełka, wzory przekładane z miejsca w drugie miejsce, gubienie, znajdowanie. Ciągłe ściganie się z nitkami, szukanie i nie odnajdywanie. Palpit wątroby następuje przy kolejnych przeszukaniach szuflad, półek, pudeł, zakamarków i pokoi. Rzecz bowiem w tym, że nie należy pracy schować, a jedynie odłożyć w bezpieczne miejsce.Tak, by przestrzeni nie zagracać, w oczy nie kłóć i mieć pod ręką, na wypadek w razie gdyby wena zechciała się rozgościć. U mnie niestety zapamiętywanie ma krótkie nóżki. Najczęściej zatem - dla świętego spokoju i zdrowia zachowania, by i broń Panie się nie zniechęcić - zostaje się do sklepu po konieczny moteczek udać. Wiem, że to już kolejny w danym numerze. Wybrać się, to dosłownie znaczy wybrać, kojarzone z wyprawą gigantem niczym zamorska przeprowadzka. Sklepy "w krafty" dość daleko położone, a i jakoś znielubiłam je od czasów pandemicznych. Bałagan w nich, towar byle i jaki, ceny drakońskie, jakość coraz marniejsza. Stanowiska z ulubionym i koniecznym likwidowane, krótko mówiąc - nieprzyjemność. Dlatego czas zrobić porządek w swym własnym małym świecie, na który coraz mniej miejsca w chałupie... Nie rozdrabniać się i regularnie zdać relację. Pisać, pisać, pisać, by mowy ojczystej nie zanieczyścić, słów nie gubić, nie tępieć... twórczo się rozwijać!
Pozdrawiam cieplutko, życzę samych dobroci.