poniedziałek, 12 grudnia 2011

South Street Seaport i Fultona market

To taki ciupeńki fragmencik NYC ukochany przez męża mego i mnie. Zaczynam od chłopa, gdyż On to pierwszy przybył, zobaczył, zdobył, potem mnie zauroczył. Kawalątek Europy na obcym lądzie. Skojarzenia krakowskie. Choć droga tych skojarzeń pokrętna.
South Street Seaport znajduje się na miejscu, co to było kiedyś najbardziej zatłoczonym portem w Ameryce.  Pierwsze budynki postawiono w 1811 roku. I przyjmijmy, że w pierwotnej swej formie (odszlifowane i odpiększone do obrzydliwości) stoją do dziś.

Kilku zmyślnych  facetów postawiło składy towarowe, z biurami na piętrze. A wybudowano je w jakże nieamerykańskim (już wówczas) stylu, ze spadzistym wysokim dachem i kominami do nieba. Musiało się dziać wówczas, oj musiało. Się kręciło, rozbudowywało. Z czasem tuż obok (praktyka nakazywała) zorganizowano targi rybne i wszelkie inne. Jedne z największych w Hameryce. Na cześć Roberta Fultona, tego co to parowiec wynalazł, ulice jego imieniem nazwano i co może nawet ważniejsze dla współczesności - targowisko. Z czasem wszystko podupadło. Na Brooklin most wybudowano i się portowi zdechło.

Dopiero w latach 60-tych znanego nam już z urodzenia wieku grupa zapaleńców postanowiła odrestaurować to co niszczało. Zrobiono cacko. Cudny, klimatyczny zakątek.


Tam teraz spacery, widoki, koncerty, kiermasze i co tylko dusza życzy sobie. Są i muzea, się wybierzemy. Kachna na piratów zapadła. Szanty słucha, na morskie przygody Ją bierze, niech ogląda... Póki co tylko z zewnątrz:


Choć na zdjęciach tego nie widać, to miejsce ma niesamowity klimat. A może tylko ja tak odbieram. W każdym razie lubię tam wszystko. Malutkie, drobniutkie, a sercu bliskie...
W kolejnym cyklu będzie port.
Pozdrawiam gorąco i życzę spokojnego tygodnia.

niedziela, 11 grudnia 2011

pojawianie i znikanie, czyli jak to mnie zniknięto...

... No, zniknęło mnie na dłuugo. Całe dwa tygodnie i ciut. I to absolutnie wbrew woli prywatnej. Już żal się zbierał, już łzy zaczynały gromadzić. Smutek zmagał z niechęcią, ta ze złością. Blogger zablokował konto i usunął blog. Powstała myśl, by wrócić do bloxa. Szczęśliwie wszystko wróciło do stanu właściwego. Od dziś znów mogę blogować tu i teraz. Za co włodarzom pozostaje grzecznie podziękować. Powodu zamknięcie wciąż nie znam. Zostaje jedynie nadzieja, że podobnych doznań nie przyjdzie mi znów doznawać... I choć gościem jestem od czasu jakiegoś nawet na blogu swoim, to obudziła się nasza cecha, rzeknę, narodowa. No bo i co ktoś za nas będzie decydował bez nas?! Czemuż to wchodzi bez zapowiedzi na moje podwórko i inwentarz mi likwiduje? Ajjjjaj...! W czasie niebytu zauważyłam jakąś szerszą akcję likwidacyjną. Ki powód. Może inni wiedzą, może kilka osób nawet nie wie, że ich nie było dobę czy dwie. Mnie 2 tygodnie. Ale już jestem. Nie korzystam, ale spozieram na te swoje hektary i z ulga oddycham, o ściskach żołądkowych zapominam. Syto mi i dobrze i niech tak pozostanie!
Zaległych mam moc zdjęć z wypraw jeszcze listopadowych. Będę do nich wracać. 13 grudnia  ostatni w tym semestrze egzamin. 20 grudnia wyniki i spokój, mam nadzieję, aż do połowy stycznia roku pańskiego następnego. W tym czasie nieco oddechu, z Rodzinką pobycia i może porobótkowania. Odzaniedbanie domu, bliskich i bloga też. Jak się bowiem okazuje naczelne miejsce zajmuje w życiu mym on. Jeszcze bardziej ludzie z nim związani... Kontakty z osobami kilkoma(nastoma), obcymi a tak bliskimi...! Dzikowisko jakieś obyczajowe... doprawdy. Przyznam jednak, że na myśl niebycia z nimi, Wami przykro mi było okrutnie...


Do rzeczy. Święta idą. Każdy o tym wie. Jak poinformowało nas dziecko starsze rodzone, już na indyka w niektórych domach choinka stała. Pyta się Roma taka jedna, rodem z Indii, "a czemu u was choinka tak późno?". To jej Albanka odpowiada: "późno? A czemu u ciebie tak wcześnie? Jezusek jeszcze się nie narodził". "Kto?" spytała Roma. A moja Kasia nadziwić się nie mogła i w końcu uznała, mamusia - no piękne to jest! To na tę okoliczność foty choinkowe z dnia 27 listopada. Nowy Jork. Manhattan. Dolny Manhattan. Przystań, okolice mostu brooklin'skiego. Nawet kolędnicy byli. Smakowitość.

poniedziałek, 28 listopada 2011

jesienna wyprawa nad ocean

Temperatura mało jesienna. +19 st.C. Pojechaliśmy do Ocean Grove. Plaża tą porą roku jest wyjątkowo pusta. Żadnych muszli, ocean nie chce się dzielić. Nie liczyłam na bursztyny, ale choć marną deskę mogło wyrzucić. A może co oddało, to zabrało. Trafiliśmy na gigantyczny odpływ. Piasek cieplusi. Fali niemal brak. Mewy zawadiacko spacerowały tu i tam. Jodu od groma. Dzikie zachwyty. Została nam jeszcze wizyta zimą.










Robótkowo nadal sromota. Wczoraj, pierwszy raz od wielu tygodni, wzięłam igłę do ręki. Małemu weszła w palec drzazga. Należało ja usunąć! Wciąż żyję wyprawą. Rozjeździliśmy się ostatnio troszkę. Rodzinka w góry, potem razem do starej osady oceanicznej. Cudnej urody starsze i młodsze wille, pokażę je następnym razem. Dziś skok do NY i pierwszych kolęd słuchanie... tak tak, sezon już w rozkwicie. Zdjęć jest bez liku. Może choć na chwilkę blog znów ożyje. Pokaże moje dzikie fascynacje. Robótki poszły w kąt. Raz - brak czasu; dwa- ślepam jak kret. Może wiosna coś ruszy... 
Pozdrawiam gorąco i życzę spokojnego, słonecznego tygodnia!

wtorek, 8 listopada 2011

takie tam sobie z wtorku

...Właśnie wróciłam z pracy. Za oknem +21 stopni C. Szybki sprint po kuchni. Gary na gaz, podgotować, poddusić i truchcikiem po dzieci. Zażyczyły sobie do domu być prywatnie przywiezionymi. Wybory miejskie odbywają się. Jeden z punktów umiejscowiony w naszej szkolnej sali gimnastycznej. Zatem dziecki szkolnymi busami rozwożone, a zwyczajowo w owej gimnastycznej się zbierający, dzielący i czekający, po wszelkiej maści korytarzach będą rozstawieni. Nasza "2" ponoć jakoś mało zgrabnie i w miejscu niedogodnym harcom umiejscowiona. Nie chcą czekać w szkole, chcą do domu. Może dobrze, może nie. Ucieka mi 45 minut cennego czasu. Wredota jestem, wiem. Z drugiej strony dziś te 45 minut to czysty zysk. Maluchy przywiozę, nakarmię, lekcję doglądnę i sama na zajęcia się doprzygotuję, może nawet nie specjalnie w zachłannym biegu. Czasy przedstawiają się tak (gdyby kogoś interesowała inność folklorystyczna...): koniec zajęć 15.15. Busy startują spod szkoły o 15.30. Dzieci odbieram o 15.45-50. W domu jesteśmy o 15.50-55. Relacja i wrażenia. Żarełko, pogoń wokół ogona, lekcje i matka z jęzorem wybiega na swoje zajęcia, na 17.30. Najlepiej wyjechać o 17.00, jest wówczas szansa na dogodne miejsce parkingowe. Powrót nocą. Opiekę przejmuje Tate. Znaczy to, że należy udawać ślepego i nie zauważać zastanego bałaganu. Wszak z Tatem wszystko można...
Czasem padam na pysk. Robótki nie wzięłam do ręki od nie pamiętam kiedy. Jakoś jeszcze wczesną jesienią ukończyłam toskański widoczek Lanarte. Rzucony w kąt prosi o zmiłowanie, naciągnięcie na kanwę i wysłanie. Prosi, bez odzewu.
Kłopoty gonią za problemami. Czasu brak na życie. Ale na okoliczność pięknej słonecznej i cieplusiej aury wybraliśmy się niedzielą na górską wycieczkę. Maleńki wypadzik nad Hudson. Cudność i oderwanie od codzienności. Bajecznie.
Zdjęcia załączę nocką. Uciekam ja i mój ogon...
Pozdrawiam gorąco

poniedziałek, 31 października 2011

słoneczna niedziela i ...

 obrazków kilka...

    


Coś sobie myślę, że na szczęśliwym wzgórzu mieszkam. Powodzie nas omijają, huragany, kataklizmy. U nas śnieżnie i spokojnie. Kilka ulic w dół - połamane drzewa, konary większe i mniej nie dały rady śnieżnym ciężarom. Zatarasowane drogi, pozrywane przewody elektryczne, co oznacza zimno w domach. Jutro jedna ze szkół miejscowych odpoczywa - brak prądu. Pewnie radości z tego mało. W szkołach młodszych parady halloweenowe. Dzieci okrutnie na to czekają. I zagwozdka, jak te maluchy ubrać pod stroje. Wyjdą na boisko czy nie?! Pewnie ogacić trzeba. Zapowiada się słonko i 10 st.C.
Cukierasy przygotowane, odliczamy czas. Maluchy halloween traktują jako zabawę w przebieranie (kiedy maja to robić, skoro karnawału tu nie ma?) i zbieranie słodyczy. Ulice pełne są księżniczek, strażaków, kosmonautów i biedronek, cała reszta nie ma najmniejszego znaczenia.
Pozdrawiam cieplusio

ps. to tylko ociupeczka tego, co spadało z drzew (nad nami konar też zatrzeszczał, kiedyś niestety spadnie...):



ps2. okazuje się, że szalenie lubię, kiedy szczypie w nosy, szczypie w uszy, wariatka, czy co?!

niedziela, 30 października 2011

a u nas jakoś tak...

... biało jakoś tak. Jutro będzie wiosna, dziś była zima. Zaduło, zaszumiało i sypnęło. Rozsypał się pierz na okoliczne opłotki:
Nie żałowało sobie. Chwilami dołączał  wiatr. Gałęzie łamał. Powyższe zdjęcie pokazuje moment wyjścia z chałupy. Na zajęcia była konieczność jechać. To jakieś 10 minut spokojnej jazdy. Po tych 10 minutach:
Zajęć nie było. Pani spóźniła się. Okazało się, w poślizg wpadła i miała polkę galopkę. Szczęśliwie nic się nie stało. Poprosiła o kontrolki do podpisania i zaproponowała do domu wracać. Uznała, że musi sobie posiedzieć w samotności i do siebie dojść... Poszli my. Wracałam ponad 30 minut. Autko tańczyło jak ta lala...:
Maluchy usiłowały bałwana lepić. Udało się. To pomarańczowe umieszczone. Śnieg ciężki, mokry, mnogi. Gałęzie dębu do ulicy przygięte, topolowe na betlejemce leżą. Może dobrze, z wysokości nie spadną. Ładnie jest. Bajkowo. Co przyniesie dzień? Oby w poniedziałek znów było zielono i sucho. Ciepło będzie. Wszak hallowenowa parada szkolna i wszelkie inne atrakcje na zewnętrznej...
Pozdrawiam gorąco z naszej pomyłkowo śnieżnej krainy.

ps. warto jeszcze dodać, że najstarsi Indianie nie pamiętają śniegu w październiku..., 20 stopni powyżej 0 tak, ale nie śnieg...

piątek, 21 października 2011

Urszula, Kordula do pieca przytula..

Na okoliczność dzisiejszego święta wszystkim Ulkom, Orszulkom i innym Ulom, Uleńkom i Ulciom 
życzę wszystkiego co najpiękniejsze i najlepsze!
Dużo uśmiechu i pogody 
tudzież wędrówek tylko po równym!
Buziaków moc!

Od Urszuli śnieżniej oczekuj koszuli.
Od świętej Urszuli to się chłopiec do dziewczyny przytuli -
jako rzecze ludowa tradycja...