piątek, 5 lipca 2013

Zakwitło...

...w różach i fuksjach. Od tych pierwszych aż zęby bolą... Wybór jednak dość świadomy... wydaje się być. Całość kształtna i nieco powabna?
Jeden listek zblazowany i niepokorny podwiędł z lekka. Nastąpiła konieczność prucia i poprawiania. Całość po poprawce.
Pozdrawiam gorąco i jeszcze bardziej. Życzę spokojnego, wakacyjnego odpoczywania weekendowego.

wtorek, 2 lipca 2013

...subtelna szklana glazura na oku

 po sześciu dżinach z tonikiem.
Miała ją ona, postać z książki. Postać, którą to rzeka Wisła nasza kochana na wysokości onegdziejszego Jubilata powietrzem swym wilgotnym owiała i przeciągami rozchwiała.
Z małżem zaśmiewaliśmy się do rozpuku. Wspomnienia młodzieńcze nas naszły. I jak się okazało, nie raz i nie dwa rozchwianie kroczne przez to wilgotne rzeczne powietrze następowało i rzecz zrozumiała najczęściej strasznie ciągnęło od Wisły. Wszystko to w drodze z Rynku na Czyżyny. Dla mniej zorientowanych - w Krakowie. W Krakowie dzieje się takoż samo powiedzmy, akcja książki Agnieszki Topornickiej; książki pod tytułem "Pierwsza osoba liczby mnogiej".

Glazura na oku rozłożyła mnie na łopatki. Podobnych smaczków w książce jest dużo. Autorka posługuje się głównie inwersją, za co ją polubiłam, oczywiście autorkę, choć książkę też. I polecam, wszystkim tym, dla których ważne jest słowo, poprawna, solidna polszczyzna i humor soczysty, podkropiony dodatkowo aluzjami najczęściej literackimi. Recenzji dobrych książka nie ma. Czytelnicy raczej ostro rozprawiają się z opowieścią p. Topornickiej.  Że mdła, że język udziwaczniony (ło matko całymi latami w Polszcze takim się właśnie posługiwałam, tak z przyjaciółmi rozmawialiśmy dnia każdego, a i teraz się nadarza...), że zero akcji, a tylko jakieś wynurzenia poopisywane. Kogóż to myśli i odczucia interesują. I co to za dziwadło, by swojego partnera "jelonkiem rączym" nazywać... To ja zmykam drugą książkę
czyli w kolejności pisania pierwszą, tejże pani podczytywać.
Skomplikowane i poprzekręcane? Podobnie jest u Topornickiej. Na koniec to sobie myślę, że akcja to w filmie jest, a w książce najpiękniejsze jest słowo...
Filiżanka z saskiej porcelany wypełnia się i bogaci. Głównie kolorkiem od którego zęby bolą i wątroba. Z tego wszystkiego pomyłek sporo, prucie konieczne. Czy któraś hafciarka je lubi?!
Przepięknie dziękuję za tak liczne komentarze, odwiedziny i morze miłych, ciepłych, wspierających słów. Chylę się nisko w wdzięczności i pozdrawiam słonecznie.

niedziela, 30 czerwca 2013

Z zielenią jej do twarzy?...

Dziś mój syn skończył 7 lat. Czuję się szczęśliwą matką. Od września Kasieńka rozpoczyna naukę w gimnazjum. Jestem dumną matką. Od tygodnia wakacje - dzieci. Jestem spokojnym człowiekiem. Cieszę się każdą chwilą i każdym drobiazgiem. I filiżanką z saskiej porcelany źle uchwyconą też.
Pozdrawiam gorąco, słonecznie i jeszcze sobotnio - niedzieli spokojnej, sytej życząc

środa, 26 czerwca 2013

Połowa jednego...

... a właściwie 1/4; połowa całości  bez konturów to wszak ledwie marna ćwiarteczka. Zdjęcia raczej żadne. W domu zbyt ciemno, za oknem zbyt świetliście.
 Robię. Znów. Po pracy, znojnie z upałem i żarem ogólnym walczę i krzyżykuję. Z radością, zachwytem. Odkrywam ponownie. Doznania niewypowiedzialne....

niedziela, 16 czerwca 2013

Lawendowo mi...

a właściwie byłoby, gdybym wiedziała co robić, by to co jest przetrwało a nie padło. Szalenie długie pokomplikowane zdanie. Ze trzy przecinki by się może i przydały, ale nowoczesna jestem i nie stawiam, a co.... Wracając do tematu: wreszcie mam swoją, własną. Trzy przyjęte, trzy kolejne zasadzone wespół padły nikczemnie, acz wciąż pachniały cuuudnie lawendowo...
Na rynku lokalnym pokazały się. Ba, nawet już z kwieciem. Szczęście niewysłowione. I dziesiątki pytań do doświadczonych. Ja bowiem drżę w strachu, by nie stracić, nie zaprzepaścić.  Lawendusie są to maleńkie, malusie wręcz:
Czy z tych dwóch gałązek rozrośnie się godny krzaczek? To w takim razie co zrobić, by się rozrastało, rozkrzewiało? Czy już teraz ciąć kwiecie na patyczku? Kwiecie zaczyna podsychać! Nie chcę stracić mej zdobyczy. W ubiegłym roku pokazała się lawenda po raz pierwszy. Srebrna, angielska. Ogromne krzaczory, ale bez kwiecia. Zanabyłam, zasadziłam, nic nie zrobiłam na zimę. Wiosną wykopałam. Pachniało, ale zasuszone jakieś i nie takie, jakie w wyobrażeniach. W tym roku pokazały się, jako zioło kuchenne, maleństwa zakwitłe. Nie chcę znów stracić. Zapach upojny, co tu mówić, wiadomo. To co robić?
Jak powyżej się marzy... Przyznaję ze skruchą, że choć lawendę kocham sercem i duszą to prac lawendowych popełniłam w życiu dwie. Robiło się je miło i przyjemnie, czy jednak do najpiękniejszych należą, sama nie wiem. I zdjęcia ich marne takie jakieś, zadawnione, zaniebyłe...
Pozdrawiam gorąco w ten zmiennopogodowy czas.

niedziela, 26 maja 2013

Takie sobie tam pisanie

Witam bardzo, ale to bardzo serdecznie, a nawet jeszcze bardziej. Z pokorą i podwiniętym ogonem przepraszam się z blogiem i wszystkimi tymi, którzy chyba już tylko siłą rozpędu i przyzwyczajenia zaglądają w te zapuszczone progi. Tłumaczenie żadne nie będzie odpowiednie, co tam dopiero wystarczające. Czas i życie robią z nami co i chcą. Przy braku odrobiny organizacji, robią potrójnie co i chcą.
W każdym razie zaglądałam, czasem; myślałam, często. Zaczynam przepraszać się z pracami ręcznymi. Co powiedzą zdrętwiałe dłonie, zobaczymy. Póki co, same radości. Dzieci rosną. Za chwilkę zakończą kolejny rok nauki. Mam nadzieję, że z takimi samymi wynikami, jak na poszczególne semestry i podsemestry. Kasiuk szykuje się do zmiany szkoły. Kończy pierwszy etap nauki. Po wakacjach wywędruje do gimnazjum. Troszkę się boję... Dorastają te moje pisklaki, mądrzeją, zaskakują. Choć myślę, że w porównaniu z rówieśnikami znad Wisły bardzo jeszcze naiwne są i niewinne. Za co z całego serca Niebiosom dziękuję!
Pogodę mamy w kratkę dziką. Od 30 st.C do 15 następnego dnia. Co to będzie, co?
Szpakowate przegoniły wiewióry. Hałasy pisklatych za oknem cudne. Kardynały panoszą się po okolicy i dobrze. Ogródek nabiera sił i mocy.
Od Madziuli otrzymałam w ostatnich dniach kartkę bożonarodzeniową, zwrotną. Blisko pół roku wędrowała i wróciła. Myślę sobie, czy tylko ona jedna?!
Pozdrawiam gorąco i słonecznie

sobota, 30 marca 2013