Robinowa zaszalała. Kilka dni obserwowaliśmy jak powiększają się przyszłe latorośle:
Po tym błękicie z turkusem Synuś natychmiast rozpoznał któż to nas uraczył
Porządnie duże ptaszysko. Dostojne, czujne, troskliwe.
Niestety zaczęły padać deszcze obfite. Gniazdo było na pełnym widoku. Właściwie nie do ochrony przed ulewą. Jaja już wielkości przepiórczych, woda z nieba niczym z cebra. Widać Robiny potrafią tak duże jaja w dziobach przenieść. Przeniosły, gdzieś pod liście do nowego gniazda. Słyszymy, nie widzimy. Robinowa kręci sie w poszukiwaniu żywności. Ale z drugiej strony chałupy, tuż przed oknem z synkowego pokoju, dokładnie na wysokości Jego oczu w tujach druga rodzinka zamieszkała. Obserwujemy ją ciekawsko. Tam też gromadka maluśkich jajeczek w turkusie. Mikre to i nieufne. Od ludzi schowane, acz nie od nas. Cudne obserwacje. Już są na świecie nowe ptaszorki. Pierwsze były takie:
Cztery są. Jazgoczą niemiłosiernie. W gnieździe się już nie mieszczą. Pierza dostały. Matka wciąż je chroni przed deszczem i wiatrem. Siedzi im na głowach. Przedni widok. Cudne takie, szyjczyny wyciągnięte, dzioby rozwarte, ciągle głodne...
Robinkowa na wystawie
Pozdrawiam cieplutko




