Do rzeczy. W kapturek wskoczył nie kto inny jak Kaczur. Żaden Gąś. Kaczur - pisownia oryginalna! Ptaszydło z serii domowej nawet, acz ten z dzikich rejonów pochodzi, tylko lekko podcywilizowany. Kaczur nie Gęś. Gąsi są zdradliwe i podstępne. Kaczur może być co najwyżej złośliwy. Ten jest i lekko sarkastyczny też. Ze złośliwości dziób mu się wydłużył. Że wysoki i nader smukły, ktoś zauważy. I owszem. Po diecie okrutnej on, sakramenckiej wręcz. Wydłużyło go tak i wyciągnęło.
Zawinięty w krople deszczu i promykiem osłoneczniony. Całkiem jak świat za oknem. Tęczy jeszcze tylko brakuje. Gość ma fantazję, bez dwóch zdań. Złośliwość wrodzoną, nonszalancję i na dokładkę to coś...
Nie chcę kanwy w wybielaczach moczyć. Obawiam się dalszego farbowania. Zdaje się, że jedynym wyjściem, by obrazek uratować i jakąkolwiek korzyść z niego mieć, poza estetyczną(?), to nadsztukowanie peleryny w newralgicznych miejscach. Jeden rząd xxx powinien wystarczyć. Miast poduszki będzie może okładka...
Qu pamięci pozwolę sobie zamieścić numerację wykorzystanych nici: 351, 349, 816 (!); 742 i 743; 5200 i 762; 519 i 807 oraz 632 i 3799 - do konturów.
Kasieńko, jakie Ty miałaś kolorki?!
Pozdrawiam słonecznie i cieplutko, wciąż bardziej letnio niż jesiennie.
Życzę dobrego, spokojnego weekendu.

