"A co tam, wchodzę w to! Może nie o ogony chodzi, nawet nie o ogonki, a o mobilizację w działaniu i pisaniu". Tak rozpoczęłam ( i zakończyłam ) wpis odpowiedziowy u Meri. Wchodzę w co? W grupę wsparcia przez zabawę, we wspólne przełamywanie swoich niechęci, niemocy, niechcenia mi się teraz, w zamykanie spraw otwartych, układanie swego hobbistycznego światka. Wiadomo, w grupie zawsze raźniej i jakby siły więcej.
Strasznie sobie pozwalam na popadanie w niebyty i jeszcze straszniej mnie to depresjonuje. Nie lubię. Ogoniastych gigantów nie mam, kilku marnot szukać nie będę. Pewnie wyparłam, zagrzebałam głęboko w jakieś pudła, gdzieś tam i zdecydowanie dobrze mi z tym. Inna sprawa, że niejednokrotnie w tak zwanym międzyczasie gust i upodobanie się mnie zmieniło. Przypadkiem znajduję, patrzę z prawa, patrzę z lewa i intensywnie się zastanawiam, co mnie kiedyś tam skłoniło do chęci popełnienia dzieła owego... Gorzej nawet jest. Oglądam sobie i przeglądam zasoby dość zasobne wzorów i wzorków, do których wzdychałam niejednokrotnie wszelkimi możliwymi achami i ochami i co?! I żaden dreszczykiem mię nie omamia. Mało, że nic na plus, to czasem nawet lekkie gustu wzburzenie powoduje.
Nie powoduje poniższe - stare i nowe. Za to się biorę, to pod ręką. Jedne świeżakiem tchnie, drugie dopiero ogonuś malusi zaczyna wykluwać.
Wracam do najstarszych swych wzorów. Do klasyki hafciarskiej, do pierwotnych swych marzeń i pragnień. Zauważyłam jedną jeszcze prawidłowość. Dorosłam wreszcie, by nie rzucać się na cUś, tylko pod rozwagę wziąć kilka stałych. Co z tym zrobię po zrobieniu? Gdzie powieszę; czy pasuje czy też nie. Nie dotyczy to kartek. Te nie muszą mieć przeznaczenia. Chomikuję z rozkoszą, nie lubię się rozstawać. Pomysły nie zawsze chętne do podzielenie się są.
Od lat operuję jedynie miedzy krzyżykami a kartkami. Inne techniki albo odłożone w kąt, albo też nie jestem nimi zainteresowana (już?). Robię skokami. Czasem więcej, czasem mniej, czasem w ogóle. Po drodze wyszukuję dziesiątki wykrętów i usprawiedliwień. Chcieć chcę i robienie sprawia przyjemność, tylko wystarczy byle zapatrzenie, zadumanie, zatrzymanie, by leniuch wskoczył na grzbiet. A to już nie cieszy. Z wiekiem nawet coraz bardziej męczy. Te porozkładane koszyczki, pudełka, wzory przekładane z miejsca w drugie miejsce, gubienie, znajdowanie. Ciągłe ściganie się z nitkami, szukanie i nie odnajdywanie. Palpit wątroby następuje przy kolejnych przeszukaniach szuflad, półek, pudeł, zakamarków i pokoi. Rzecz bowiem w tym, że nie należy pracy schować, a jedynie odłożyć w bezpieczne miejsce.Tak, by przestrzeni nie zagracać, w oczy nie kłóć i mieć pod ręką, na wypadek w razie gdyby wena zechciała się rozgościć. U mnie niestety zapamiętywanie ma krótkie nóżki. Najczęściej zatem - dla świętego spokoju i zdrowia zachowania, by i broń Panie się nie zniechęcić - zostaje się do sklepu po konieczny moteczek udać. Wiem, że to już kolejny w danym numerze. Wybrać się, to dosłownie znaczy wybrać, kojarzone z wyprawą gigantem niczym zamorska przeprowadzka. Sklepy "w krafty" dość daleko położone, a i jakoś znielubiłam je od czasów pandemicznych. Bałagan w nich, towar byle i jaki, ceny drakońskie, jakość coraz marniejsza. Stanowiska z ulubionym i koniecznym likwidowane, krótko mówiąc - nieprzyjemność. Dlatego czas zrobić porządek w swym własnym małym świecie, na który coraz mniej miejsca w chałupie... Nie rozdrabniać się i regularnie zdać relację. Pisać, pisać, pisać, by mowy ojczystej nie zanieczyścić, słów nie gubić, nie tępieć... twórczo się rozwijać!
Pozdrawiam cieplutko, życzę samych dobroci.